Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 1
Joshep Sheridan Le Fanu
DOM PRZY CMENTARZU
DOM PRZY CMENTARZU
PROLOG — BĘDĄCY GARSTKĄ MIEJSCOWYCH PLOTECZEK
Jeśli zezwolicie, opowiemy wam w nadchodzących rozdziałach o tym, co działo się w Chapelizod przed około stu laty. Sto lat to zaiste ładny kawał czasu; lecz choć obyczaje zmieniły się, niektóre dawne wyrażenia wyszły z użycia i powstały nowe, a tabaka, puder do włosów, treny sukien i czarne fulary zniknęły już zupełnie, jednak mężczyźni i kobiety byli przecież takimi samymi mężczyznami i kobietami, jakimi są dziś — o czym ludzie tak sędziwi, jak wasz pokorny sługa, którzy patrzyli na niedobitków tylnej straży owego pokolenia i rozmawiali z nimi — dziś już od dawna odeszłymi — mogą zaświadczyć, jeśli zechcą.
W owych dniach Chapelizod było najweselszą bodaj i najładniejszą z wsi podmiejskich, stanowiących ozdobę dawnego Dublina. Stojące tu i ówdzie w wojskowym szyku topole nadawały sadom i starym drzewom, ciągnącym się wzdłuż brzegów rzeki Liffey i jej doliny, wesołe znamię zamożności i ładu. Szeroka stara ulica wyglądała gościnnie i radośnie ze swymi spadzistymi dachami i licznymi kolorowymi drzwiami frontowymi. Przyjemna stara gospoda, tuż za rogatką, przy szerokim zakolu gościńca prowadzącego przez most na skarpie obok młyna, pierwsza witała godłem Feniksa przybysza z Dublina. Tam właśnie — w obszernej, wyłożonej boazerią tylnej sali, gdzie władał z ramy nad kominkiem „wielki i dobry król William" w długiej szacie, peruce, z Orderem Podwiązki i berłem, gdzie na przeciwległej ścianie znajdowało się duże wysunięte okno, przez które rzeka, żonkile i letnie listowie wyglądały jasno i spokojnie — Starsi ze Skinner's Alley, stowarzyszenia barwy „prawdziwego błękitu", datującego się z czasów wojen jakobitów w poprzednim stuleciu, lub też zgromadzenie szewców, krawców czy też wolnomularzy, a także towarzystwa
Jeśli zezwolicie, opowiemy wam w nadchodzących rozdziałach o tym, co działo się w Chapelizod przed około stu laty. Sto lat to zaiste ładny kawał czasu; lecz choć obyczaje zmieniły się, niektóre dawne wyrażenia wyszły z użycia i powstały nowe, a tabaka, puder do włosów, treny sukien i czarne fulary zniknęły już zupełnie, jednak mężczyźni i kobiety byli przecież takimi samymi mężczyznami i kobietami, jakimi są dziś — o czym ludzie tak sędziwi, jak wasz pokorny sługa, którzy patrzyli na niedobitków tylnej straży owego pokolenia i rozmawiali z nimi — dziś już od dawna odeszłymi — mogą zaświadczyć, jeśli zechcą.
W owych dniach Chapelizod było najweselszą bodaj i najładniejszą z wsi podmiejskich, stanowiących ozdobę dawnego Dublina. Stojące tu i ówdzie w wojskowym szyku topole nadawały sadom i starym drzewom, ciągnącym się wzdłuż brzegów rzeki Liffey i jej doliny, wesołe znamię zamożności i ładu. Szeroka stara ulica wyglądała gościnnie i radośnie ze swymi spadzistymi dachami i licznymi kolorowymi drzwiami frontowymi. Przyjemna stara gospoda, tuż za rogatką, przy szerokim zakolu gościńca prowadzącego przez most na skarpie obok młyna, pierwsza witała godłem Feniksa przybysza z Dublina. Tam właśnie — w obszernej, wyłożonej boazerią tylnej sali, gdzie władał z ramy nad kominkiem „wielki i dobry król William" w długiej szacie, peruce, z Orderem Podwiązki i berłem, gdzie na przeciwległej ścianie znajdowało się duże wysunięte okno, przez które rzeka, żonkile i letnie listowie wyglądały jasno i spokojnie — Starsi ze Skinner's Alley, stowarzyszenia barwy „prawdziwego błękitu", datującego się z czasów wojen jakobitów w poprzednim stuleciu, lub też zgromadzenie szewców, krawców czy też wolnomularzy, a także towarzystwa
www.przeprosprezydenta.pl



