Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 11
usłyszeć. Tak więc przygnębiony wyglądałem oknem, gdy nagle — kogóż to zobaczyłem idącego z wolna ulicą w kierunku domu „Pod Łososiem"? We własnej osobie starego żołnierza, w łrójgraniastym kapeluszu, z nosem koloru miedzi, w obszernej czerwonej kurtce z olbrzymimi dziurami od guzików, w getrach, z laską i wszelkimi innymi akcesoriami; znajdował się właśnie pod naszym drzewem.
— Wuju Charlesie, on tu jest, nadchodzi! — krzyknąłem.
— Eh, kto? Żołnierz? — zapytał wuj, potykając się w pośpiechu o dywan i omal nie wybijając szyby. — Tak, to on, w istocie, zbiegnij prędko na dół, mój chłopcze, i poproś go, aby wszedł na górę.
Gdy znalazłem się na ulicy, co, możecie mi wierzyć, nie trwało długo, wuj mój zdążył już otworzyć okno na oścież i sam właśnie zapraszał starca, który podniósłszy lewe ramię, dziękował wikaremu, oddając mu wojskowy ukłon całą dłonią przyłożoną do kapelusza. Jak zdążyłem zaobserwować, ci starzy posępni weterani, którzy włóczą się po świecie, z zasady przyjmują każdy poczęstunek. Jeśli okaże się zły, cóż, nic ich to nie kosztuje; jeśli dobry, tym lepiej dla nich.
A więc stary wojak pomaszerował na górę i wszedł do pokoju z żołnierską godnością. Zaproponowano mu herbatę, wolał jednak poncz; wkrótce cały poczęstunek znalazł się na małym okrągłym stoliku przy kominku. Wieczór był chłodny, tym milej więc było zagrzać się przy ogniu. Stary, siedząc wygodnie, sączył powoli nektar ku swemu wielkiemu zadowoleniu. My natomiast, popijając małymi łykami herbatę, słuchaliśmy z uwagą dalszego ciągu owej historii, której przysłuchiwałem się z zaciekawieniem, muszę przyznać, nie słabnącym ani na chwilę.
Wiele lat później, jak to się czasem zdarza, nieoczekiwanie padł snop światła na szczegóły jego opowieści. Stało się to, gdy wszedłem w posiadanie pamiętnika, niezwykle drobiazgowego, jak również obszernej korespondencji Rebeki, siostry generała Chatteswortha, z którego rodziną miałem zaszczyt być spokrewniony. Pamiętnik ów stał się dla mnie — przy moim kocim przywiązaniu do tego starego miasteczka — prawdziwym skarbem, a niezliczone pakieciki listów starannie posegregowane i powiązane,
— Wuju Charlesie, on tu jest, nadchodzi! — krzyknąłem.
— Eh, kto? Żołnierz? — zapytał wuj, potykając się w pośpiechu o dywan i omal nie wybijając szyby. — Tak, to on, w istocie, zbiegnij prędko na dół, mój chłopcze, i poproś go, aby wszedł na górę.
Gdy znalazłem się na ulicy, co, możecie mi wierzyć, nie trwało długo, wuj mój zdążył już otworzyć okno na oścież i sam właśnie zapraszał starca, który podniósłszy lewe ramię, dziękował wikaremu, oddając mu wojskowy ukłon całą dłonią przyłożoną do kapelusza. Jak zdążyłem zaobserwować, ci starzy posępni weterani, którzy włóczą się po świecie, z zasady przyjmują każdy poczęstunek. Jeśli okaże się zły, cóż, nic ich to nie kosztuje; jeśli dobry, tym lepiej dla nich.
A więc stary wojak pomaszerował na górę i wszedł do pokoju z żołnierską godnością. Zaproponowano mu herbatę, wolał jednak poncz; wkrótce cały poczęstunek znalazł się na małym okrągłym stoliku przy kominku. Wieczór był chłodny, tym milej więc było zagrzać się przy ogniu. Stary, siedząc wygodnie, sączył powoli nektar ku swemu wielkiemu zadowoleniu. My natomiast, popijając małymi łykami herbatę, słuchaliśmy z uwagą dalszego ciągu owej historii, której przysłuchiwałem się z zaciekawieniem, muszę przyznać, nie słabnącym ani na chwilę.
Wiele lat później, jak to się czasem zdarza, nieoczekiwanie padł snop światła na szczegóły jego opowieści. Stało się to, gdy wszedłem w posiadanie pamiętnika, niezwykle drobiazgowego, jak również obszernej korespondencji Rebeki, siostry generała Chatteswortha, z którego rodziną miałem zaszczyt być spokrewniony. Pamiętnik ów stał się dla mnie — przy moim kocim przywiązaniu do tego starego miasteczka — prawdziwym skarbem, a niezliczone pakieciki listów starannie posegregowane i powiązane,
www.przeprosprezydenta.pl



