Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 13
nieokreślona groźba wisiała nad miasteczkiem, jak gdyby niewidzialna zbrodnia lub niebezpieczeństwo, jakaś tajemnica popełnionej niegodziwości wkradły się w samo jego serce, a potępiające Niebiosa rzucały pełne melancholii ostrzeżenie.
Tego ranka stara Sally, gospodyni proboszcza, była zaniepokojona. Śniło jej się, że słała wielkie małżeńskie łoże z baldachimem, o ciemnozielonych adamaszkowych kotarach — a sen taki oznaczał zbliżające się zmartwienie; mogło ono być oczywiście bardzo małe (pewnego razu przydarzyło się jedynie to, że doktor Walsingham upuścił sakiewkę zawierającą niecałą gwineę w srebrze za burtę promu) — ale mogło się również zdarzyć, że zmartwienie byłoby ogromne. W każdym razie wisiał nad miasteczkiem omen czegoś nieznanego.
Duża kwadratowa koperta z ogromną okrągłą pieczęcią wielkości jednokoronowej monety, zaadresowana do jego wielebności Hugha Walsinghama, doktora teologia w domu jego przy moście w Chapelizod, dotarła do rąk adresata w godzinach porannych i wyraźnie go zafrasowała. Kazał posłańcowi czekać dobrą godzinę na odpowiedź. A już o drugiej po południu ten sam posłaniec powrócił z następnym listem, lecz tym razem kilka nakreślonych słów wystarczyło za całą odpowiedź. „Będzie to wyglądało na nieuprzejmość z mojej strony", powiedział proboszcz, ściągając brwi nad zamkniętym foliałem w swym gabinecie. „Lecz nie mam wyboru, muszę postępować otwarcie, jak mi nakazuje moje powołanie, przed obliczem Pana. Jakże mógłbym uczciwie wyrazić nadzieję, gdy w umyśle mym nie ma niczego prócz trwogi? Niechaj kto inny to zrobi, jeśli potrafi; co do mnie, czynię dość będąc tu obecnym, gdyż jest słuszne, abym tu był".
Była to zaiste wyjątkowo ciemna noc, lunęła gwałtowna ulewa! Doktor stał właśnie pod okapem garnku murowanego okazałego domu — który w czasach króla Williama był rezydencją czcigodnego proboszcza z Chapelizod; miał na sobie luźny surdut i pelerynę, zapięte getry i naciągnięte na nie obszerne skórzane spodnie, a jego szerokoskrzydły kapelusz, zakrywający perukę i uszy, związany był pod brodą mocną jedwabną chustką. Wyglądał, rzekłbym, dość dziwacznie, lecz było to winą kobiet, które zawsze w nagłej potrzebie brały w swe ręce sprawę garderoby proboszcza.