Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 14
Stara Sally o miłej, łagodnej i poważnej twarzy, z siwymi lokami, stała skromnie z tyłu w sieni, a śliczna Lilias, jego jedyne dziecko, stojąc na ganku posłała mu pożegnalnego całusa i dała ostatnie doniosłe polecenia, dotyczące butów proboszcza i innej jego wierzchniej odzieży. Zaśmiawszy się czule pogłaskał ją po policzku i wziął pod ramię starego lokaja Johna Tracy. John niósł okazałą latarnię rogową, która rzucała blask raz na przydrożne zarośla, raz na bezbarwne filary mostu, to znów na ociekające deszczem okno. Zeszli po stopniach — w owych dniach nie było parasoli — człapiąc wśród wielkich, szeroko rozlanych kałuż, tymczasem Sally i Lilias stały na ganku, trzymając świece jeszcze przez całe pięć minut, gdy doktor i jego Jaś „Latarnik" — jak nazywał on uczciwego Johna, którego ramię i świeca były mu zawsze pomocne w nocnych wędrówkach — zniknęli za rogiem.
Poważna pieśń królewska, śpiewana przez muzykalnych Starszych ze Skinner's Alley, rozbrzmiewała z okna wykusza na tyłach gospody „Pod Feniksem", ledwie dosłyszalna w deszczu i z oddali; melodyjna i zgodna z panującą wokół ciemnością i smutnymi celem spaceru doktora — gdyż śpiew był raczej monastyczny, posępny i podobny do pieśni pogrzebowej. Wybił kwadrans po dziesiątej i znikąd nie dobiegały żadne inne odgłosy życia czy ludzkiego sąsiedztwa. Jeśli cel miał pozostać w tajemnicy, dobrze strzegło jej czarne niebo i nieustanne potoki ulewy spadające w dół jak gdyby pod naporem masy elektryczności, tak że wokół cała natura odpowiadała jednym przeciągłym: hasz... sz... sz... sz... sz, zalewając szeroką ulicę i przeobrażając kanały i rynsztoki w strumienie — mogłyby one wprawić w ruch koła młyńskie — bulgotały zaś dudniąc w nierównych łożyskach, gdy kierowały się ku wzburzonej Liffey, która smagana deszczem, błotnista i posępna toczyła swe mętne wody w kierunku morza, czarna pod czarnym niebem.
Gdy przechodzili obok „Feniksa" (nawiasem mówiąc, z narożnika szyldu chlustała w dół woda, a zaiste noc była taka, że mogłaby nakłonić owego samobójczego ptaka do porzucenia wszelkich myśli a samospaleniu i raczej poddać mu ideę bezprzykładnej śmierci przez utonięcie) nie było na progu żadnego znudzonego oficera lub próżującego posługacza.