Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 20
kanie klawikordu, a proboszcz uśmiechając się w ciemności wygłosił miły sercu monolog, nie bacząc na starego Johna Tracy, którego zresztą nie było pod ręką: „Ona zawsze słyszy moje kroki, zawsze, miła Lily, choćby nie wiem jak była zajęta". Otworzyły się drzwi sieni i rozległ się wesoły, bardzo łagodny, a jednak ożywiony i słodki głos, witający serdecznie staruszka.
 
III
PAN MERVYN W GOSPODZIE

Ranek nastał piękny — słońce świeciło wspaniałym złotym blaskiem, cała przyroda była odświeżona, przyjemna woń dobywała się z drzew, kwiatów i ziemi. Suchy już bruk i wszystkie rzędy okien w miasteczku połyskiwały wesoło, wróble wyćwierkiwały radośnie poranne ploteczki pośród gęstego bluszczu na starej kościelnej wieży, a tu i ówdzie miejscowy kogut wysokim i chełpliwym pianiem wzywał sąsiada do współzawodnictwa. Melodie wygrywane na trąbce wzbijały się słodko w powietrze nad rzeką, gdzie rozciągało się pole ćwiczeń artylerii.
Golibroda Moore robił już poranny obchód, służący i pokojówki wbiegali do piekarni i wybiegali z niej, a stara Poll Delany w spłowiałym od słońca i deszczu czerwonym kapturku oraz schludna mała Kitty Lane o jasnej, młodej i roztropnej twarzyczce pukały do drzwi swych klientów oferując świeże jaja z białego koszyka. Przez na pół uchylone drzwi niejednej sieni moglibyście dostrzec upudrowanego lokaja lub żwawą pokojówkę w czepku, wnoszących w wielkim pośpiechu do salonu czerwono lakierowany japońskim pokostem garnitur do herbaty. Krótko mówiąc, miasteczko Chapelizod właśnie zasiadało do śniadania.
Tymczasem Mervyn spożył samotny posiłek w słynnej tylnej izbie „Feniksa", gdzie leżały rozłożone dzienniki i gdzie mile witano wszystkich nowo przybyłych. Nie można zaprzeczyć, że Mervyn był przyjemną dla oka postacią. Twarz miał bladą, pełną melancholii, jakby wyrzeźbioną, a jego wielkie, pełne żaru oczy przywodziły na myśl jakąś