Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 24
jącym powszechne zgorszenie stanem rzeczy.) Ci żądni krwi łotrzykowie! Wyłapałbym ich co do jednego i spalił żywcem w beczce dziegciu. Na Jowisza! Jest nekrolog starego Joe Nappera z Dirty-Lane. Niewielu po nim płacze. Chwileczkę, jest jeszcze jedna linijka — i czytał dalej.
Tymczasem weszli: tęgi, mocno opięty pasem z klamrą kapitan Cluffe z tego samego korpusu i mały, śniady, o surowej twarzy, poważny pan Nutter z domu „Pod Młynem", zarządca lorda Castlemallarda, wraz z pół tuzinem innych gentlemenów, głównie członków klubu, którzy spotykali się wieczorami w izbie frontowej po lewej stronie, naprzeciw lady; zabawiali się tam przyjemną rozmową, kartami, tryktrakiem, warcabami, a czasem piosenką, śpiewaną przez Toole'a; ten ostatni miał miły tenor i zwykł śpiewać: „Gdy ludzie szlachetnego rodu dumnie stąpają w srebrze i atłasach" lub „Podstarzała dziewica wesoły zamysł miała", lub inne tego rodzaju śpiewki przy akompaniamencie recytacji pulchniutkiego, małego i rozmiłowanego w sztuce dramatycznej chorążego Puddocka; ów, „nie bacąc na szwoje szeplenienie", naśladował z zapałem takich aktorów, jak Mossop, Sheridan, Macklin, Barry i inni.
Tak więc Mervyn, obcy, którego obecność nie wywarła żadnego wrażenia na miłym towarzystwie, wziął laskę i trójgraniasty kapelusz i wyszedł — mroczna i przystojna postać — odprowadzany ciekawym spojrzeniem dwu lub trzech par oczu i krytycznymi uwagami wypowiedzianymi przez Toole'a.
Pogrążony w rozmyślaniach Mervyn przewędrował przeto „Feniksa — Park Jego Królewskiej Mości" i wyszedłszy bramą Castleknock, ruszył w górę rzeki, pomiędzy zalesionymi zboczami, które czynią dolinę Liffey tak przyjemną i malowniczą, aż wreszcie dotarł do promu i przeprawiwszy się na drugi brzeg, znalazł się w pobliżu Palmerstown, przez które to miasteczko biegła jego powrotna droga do Chapelizod.
Tymczasem weszli: tęgi, mocno opięty pasem z klamrą kapitan Cluffe z tego samego korpusu i mały, śniady, o surowej twarzy, poważny pan Nutter z domu „Pod Młynem", zarządca lorda Castlemallarda, wraz z pół tuzinem innych gentlemenów, głównie członków klubu, którzy spotykali się wieczorami w izbie frontowej po lewej stronie, naprzeciw lady; zabawiali się tam przyjemną rozmową, kartami, tryktrakiem, warcabami, a czasem piosenką, śpiewaną przez Toole'a; ten ostatni miał miły tenor i zwykł śpiewać: „Gdy ludzie szlachetnego rodu dumnie stąpają w srebrze i atłasach" lub „Podstarzała dziewica wesoły zamysł miała", lub inne tego rodzaju śpiewki przy akompaniamencie recytacji pulchniutkiego, małego i rozmiłowanego w sztuce dramatycznej chorążego Puddocka; ów, „nie bacąc na szwoje szeplenienie", naśladował z zapałem takich aktorów, jak Mossop, Sheridan, Macklin, Barry i inni.
Tak więc Mervyn, obcy, którego obecność nie wywarła żadnego wrażenia na miłym towarzystwie, wziął laskę i trójgraniasty kapelusz i wyszedł — mroczna i przystojna postać — odprowadzany ciekawym spojrzeniem dwu lub trzech par oczu i krytycznymi uwagami wypowiedzianymi przez Toole'a.
Pogrążony w rozmyślaniach Mervyn przewędrował przeto „Feniksa — Park Jego Królewskiej Mości" i wyszedłszy bramą Castleknock, ruszył w górę rzeki, pomiędzy zalesionymi zboczami, które czynią dolinę Liffey tak przyjemną i malowniczą, aż wreszcie dotarł do promu i przeprawiwszy się na drugi brzeg, znalazł się w pobliżu Palmerstown, przez które to miasteczko biegła jego powrotna droga do Chapelizod.
www.przeprosprezydenta.pl



