Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 30
ką, lecz niesłusznie, bo choć czasem wyskoczyła z paradoksem w swej społecznej działalności, była dobrą, gorliwą parafianką. W istocie była szczodra i dokuczliwa, bezceremonialna i nie znosząca sprzeciwu, nie pozbawiona dobro duszności, lecz rozdzielająca łaski w sposób nieco tyrański, więc najczęściej wyrządzała mniejszą lub większą, jednak niezaprzeczalną szkodę wszystkim swym poczynaniom.
Generał („stary Chattesworth", jak nazywała go złośliwa Magnolia) zbliżył się właśnie z łaskawym, wymuszonym uśmiechem i sztywnymi ukłonami, przestrzegając w swej dobroduszności wszelkich prawideł dobrego wychowania — gdyż nie miał zamiaru lekceważyć swego przyjaciela i oficera, majora O'Neilla, ani jego siostry czy siostrzenicy i chciał udobruchać panią Macnamara, która przerwała wywód mający na celu dowieść O'Flaherty'emu, że generał jest w prostej linii potomkiem starego Chatteswortha, krawca wojskowego z czasów królowej Anny, i spokrewniony z prawdziwym handlarzem masła z Cork — okraszając ową historyjkę niezbyt miłym epigramem o jego stryju „doradcy". Ów epigram ułożony przez dra Swifta wyszeptała ze złośliwym chichotem w ucho „ogniomistrza". Ten ostatni zaśmiał się także, choć niezupełnie pojął dowcip, i powiedział: „Och, ho, ho, do licha!"
Zacna pani Mac przyjęła generała wyniośle i lekceważąco, a panna Magnolia z lekkim dygiem i szybkim skinieniem głowy, po czym puściła w ruch wachlarz i zachichotała do ucha Toole'owi, który wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i w zakłopotaniu zerknął kątem swego bystrego oczka na nic nie podejrzewającego generała i na ciotkę Rebekę; a to dlatego, iż Toole'owi wielce zależało, aby być dobrze widzianym w Belmont. Tak więc widząc, iż panna Magnolia postanowiła być złośliwą i nie dbała o to, że może się skompromitować swymi docinkami, zagwizdał i krzyknął na psy i z wesołym, wymuszonym uśmiechem, wymachując trójgraniastym kapeluszem, oddalił się na poszukiwanie innych przygód.
A zatem istniała nienawiść i uraza pomiędzy owymi dwoma domami; przewrotny kaprys ciotki Rebeki, aby czynie afronty Macnamarom (gdyż nie był to „snobizm", albowiem z niepozorną, drobną panią Toole rozprawiałaby poufale na oczach wszystkich całymi godzinami w dni święta orkiestry),