Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 34
— Jego oczy były pełne niemal bolesnego wyrzutu, choć ton głosu był niski i łagodny.
— No cóż — powiedział z krótkim, dziwnie zmienionym śmiechem — początkowo jednak weszła pani w swą rolę wypowiadając się przeciwko grze w karty, a mówiąc szczerze, zamierzam grać o wiele więcej i o dużo wyższe stawki niż kiedykolwiek przedtem, a zatem żegnam.
Postanowił nie zauważyć nieznacznego ruchu, który wskazywał, że miała zamiar podać mu rękę, a jedynie ukłonił się niżej, odpowiedział na jej poważny uśmiech, który zdawał się mówić: „No, jesteś wyprowadzony z równowagi", kolejnym krótkim uśmiechem, odwrócił się wesoło i odszedł.
„Myśli, że mnie zraniła, i myśli też, jak sądzę, że nie mogę być szczęśliwy z dala od niej. Pokażę jej, że mogę; nie będę z nią rozmawiał, ba, nawet nie będę na nią patrzył przez miesiąc!"
Tymczasem Chattesworthowie, podobnie jak inni, opuszczali teren zawodów, a ów młody pan Mervyn, na którego temat więcej robiono uwag, niż przypuszczał, szedł z nimi w kierunku bramy. Ukłonił się nisko mijając zacnego proboszcza Walsinghama, który odwzajemnił mu pozdrowienie, nie nieuprzejmie — to nigdy mu się nie zdarzało — lecz bardzo poważnie, i smutnym spojrzeniem swych łagodnych i myślących niebieskich oczu odprowadził oddalające się towarzystwo.
„Tak... więc tam oto idzie... Mervyn! Cóż!... tak, tak — proście Niebiosa — oby smutek i nieszczęście nie przyszły tutaj w ślad za nim" — mruczał do siebie proboszcz i wzdychał, nadal śledząc go wzrokiem.
Spoglądając w to ukochane oblicze mała Lilias wsparta na ramieniu proboszcza zastanawiała się, co mogło je zachmurzyć i dlaczego ma ono wyraz pełen smutku i trwogi; wówczas jej spojrzenie padło, również z pewną ciekawością, niezupełnie pozbawioną niepokoju, na znikającą sylwetkę bladego młodego mężczyzny.