Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 4
młyńskiej? Sądzę, że zniknął. Z pewnością ta przeklęta budowla nie może być moim czcigodnym starym przyjacielem w przebraniu!
Nie mogę jednak spodziewać się, mój Czytelniku — mimo Twej oczywistej uprzejmości i cierpliwości — abyś włóczył się ze mną przez cały letni dzień po tym melancholijnym i okaleczonym starym miasteczku, mając nad głową baldachim fabrycznej sadzy przesłaniający pogodne niebo. Zechciej jednak, zanim odejdziesz, rzucić jedno spojrzenie na miejscowe drzewo — na ów potężny wiąz. Nie urósł ani o cal przez tych sto lat. Wygląda, jak gdyby nie postarzał się ani o jeden dzień w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, j a mogę Cię o tym zapewnić. Stoi wciąż jednaki, a przecież obcy już w miejscu swych narodzin, pośród nowego ładu, w przeobrażonym, ruchliwym, pozbawionym radości Chapelizod, zasłuchany nieustannie, jak mi się wydaje, w niezmienną pieśń i szum rzeki, a marzenia jego i uczucia przebywają w dawno minionym czasie, wśród pogrzebowego pokolenia. Ty również miałbyś co opowiedzieć, wyszydzony i samotny mędrcze, gdyby tylko wiatr poniósł twą muzyczną opowieść jak tajemnicę Midasa z zawodzących trzcin.
Okres rozkwitu Chapelizod przypadał właśnie przed stu laty — a choć zazdrośnie strzegę miłej i dobrej sławy owych dni, głównie ze względu na kilka wspomnień, które pozostały po nich — jednak, zważywszy wszystko, przyjemniej jest — niechaj mi wolno będzie szepnąć Warn to na ucho — czytać i marzyć o nich, aniżeli je przezywać, choć tak były barwne i pełne przygód. Wszelako ich burzliwość, szaleństwo i gościnność, złagodzone odległością i rozjaśnione pewnego rodzaju barbarzyńskim przepychem, długo żyły w mej wyobraźni jako promienne, pozostające w ciągłym ruchu przemiany, i bardzo lubię spoglądać na nie, jak na czerwone, rozjarzone w zimowy zmierzch węgielki, wspierając na dłoni mą siwą głowę i siedząc w leniwej, rozkosznej zadumie w mym fotelu, podczas gdy tamte dni przybierają coraz to nowe kształty i cicho snują swe zimowe opowieści.
Kiedy Wasz uniżony sługa, Charles de Cresseron, który poskładał tę opowieść, był mniej więcej czternastoletnim chłopcem — jak dawno to było dokładnie, nie ma nic do rzeczy, wystarczy powiedzieć, że pamięta on to,
Nie mogę jednak spodziewać się, mój Czytelniku — mimo Twej oczywistej uprzejmości i cierpliwości — abyś włóczył się ze mną przez cały letni dzień po tym melancholijnym i okaleczonym starym miasteczku, mając nad głową baldachim fabrycznej sadzy przesłaniający pogodne niebo. Zechciej jednak, zanim odejdziesz, rzucić jedno spojrzenie na miejscowe drzewo — na ów potężny wiąz. Nie urósł ani o cal przez tych sto lat. Wygląda, jak gdyby nie postarzał się ani o jeden dzień w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, j a mogę Cię o tym zapewnić. Stoi wciąż jednaki, a przecież obcy już w miejscu swych narodzin, pośród nowego ładu, w przeobrażonym, ruchliwym, pozbawionym radości Chapelizod, zasłuchany nieustannie, jak mi się wydaje, w niezmienną pieśń i szum rzeki, a marzenia jego i uczucia przebywają w dawno minionym czasie, wśród pogrzebowego pokolenia. Ty również miałbyś co opowiedzieć, wyszydzony i samotny mędrcze, gdyby tylko wiatr poniósł twą muzyczną opowieść jak tajemnicę Midasa z zawodzących trzcin.
Okres rozkwitu Chapelizod przypadał właśnie przed stu laty — a choć zazdrośnie strzegę miłej i dobrej sławy owych dni, głównie ze względu na kilka wspomnień, które pozostały po nich — jednak, zważywszy wszystko, przyjemniej jest — niechaj mi wolno będzie szepnąć Warn to na ucho — czytać i marzyć o nich, aniżeli je przezywać, choć tak były barwne i pełne przygód. Wszelako ich burzliwość, szaleństwo i gościnność, złagodzone odległością i rozjaśnione pewnego rodzaju barbarzyńskim przepychem, długo żyły w mej wyobraźni jako promienne, pozostające w ciągłym ruchu przemiany, i bardzo lubię spoglądać na nie, jak na czerwone, rozjarzone w zimowy zmierzch węgielki, wspierając na dłoni mą siwą głowę i siedząc w leniwej, rozkosznej zadumie w mym fotelu, podczas gdy tamte dni przybierają coraz to nowe kształty i cicho snują swe zimowe opowieści.
Kiedy Wasz uniżony sługa, Charles de Cresseron, który poskładał tę opowieść, był mniej więcej czternastoletnim chłopcem — jak dawno to było dokładnie, nie ma nic do rzeczy, wystarczy powiedzieć, że pamięta on to,
www.przeprosprezydenta.pl



