Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 5
co wówczas widział i słyszał znacznie lepiej aniżeli to, co działo się przed tygodniem — zdarzyło się, że spędzał przyjemny tydzień wakacji ze swym dobrotliwym wujem i ojcem chrzestnym, wikarym w Chapelizod. W drugim dniu jego lub raczej mego pobytu (pozwalam sobie powrócić do pierwszej osoby) odbywał się znamienity pogrzeb pewnej starej damy. Nazwisko jej brzmiało Darby, a ostatnią drogę ku miejscu wiecznego spoczynku odbyła wielce uroczyście karawanem, krótkimi etapami, ze swego domu w Lisnabane, w hrabstwie Sligo, na cmentarz przykościelny w Chapelizod. Ogromny płaski kamień leżał na owej małej kwaterze będącej własnością proboszcza i trzymanej przez rodzinę zmarłej w dzierżawie, odnawianej wiekuiście nie dla żyjących, lecz umarłych. Tak więc wuj mój, który był człowiekiem nieustannie martwiącym się o wszystko, nie miał specjalnych trudności z ustaleniem miejsca i granic owego dzierżawionego, wąskiego skrawka ziemi, ku któremu kościelny Lemuel Mattocks poprowadził go tak prosto i z taką pewnością siebie, jak gdyby do Stołu Pańskiego.
Mój wuj uznał więc miejsce wskazane przez kościelnego i praca rozpoczęła się bezzwłocznie. Nie wiem, czy wszyscy chłopcy mają równe upodobanie do niesamowitości, jak ja wówczas miałem — wiem jedynie, że lubiłem cmentarz, lubiłem odczytywać napisy na nagrobkach, przyglądać się kościelnemu przy pracy i słuchać starych jak świat miejscowych opowiadań, które często nawarstwiały się wokół doczesnych szczątków.
Gdy grób, o którym mowa, był niemal gotów — a leżał on w kierunku wschód—zachód — wielka ilość ziemi nagromadziła się po północnej stronie, gdzie złożono starą trumnę, i sporo brunatnego prochu, posępnych kości i nawet pożółkła czaszka potoczyły się wprost pod nogi kościelnego. Podniósł owe szczątki, jak to było w jego zwyczaju, z należną czcią, czubkiem łopaty i umieścił je w małym dołku, obok szczytu dużego kopca ziemi.
— A niech mnie kule biją! Oto rozbita czaszka dla ciebie — powiedział młody Tim Moran, który podniósł czaszkę i przyglądał się jej z ciekawością obracając ją wkoło.
— Pokaż no, Tim! Pozwól i mnie zobaczyć! — krzyknęło dwu lub trzech stojących opodal, przebiegając wokół grobu tak szybko, jak tylko umieli.
Mój wuj uznał więc miejsce wskazane przez kościelnego i praca rozpoczęła się bezzwłocznie. Nie wiem, czy wszyscy chłopcy mają równe upodobanie do niesamowitości, jak ja wówczas miałem — wiem jedynie, że lubiłem cmentarz, lubiłem odczytywać napisy na nagrobkach, przyglądać się kościelnemu przy pracy i słuchać starych jak świat miejscowych opowiadań, które często nawarstwiały się wokół doczesnych szczątków.
Gdy grób, o którym mowa, był niemal gotów — a leżał on w kierunku wschód—zachód — wielka ilość ziemi nagromadziła się po północnej stronie, gdzie złożono starą trumnę, i sporo brunatnego prochu, posępnych kości i nawet pożółkła czaszka potoczyły się wprost pod nogi kościelnego. Podniósł owe szczątki, jak to było w jego zwyczaju, z należną czcią, czubkiem łopaty i umieścił je w małym dołku, obok szczytu dużego kopca ziemi.
— A niech mnie kule biją! Oto rozbita czaszka dla ciebie — powiedział młody Tim Moran, który podniósł czaszkę i przyglądał się jej z ciekawością obracając ją wkoło.
— Pokaż no, Tim! Pozwól i mnie zobaczyć! — krzyknęło dwu lub trzech stojących opodal, przebiegając wokół grobu tak szybko, jak tylko umieli.
www.przeprosprezydenta.pl



