Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 55
wszystkich szczegółów związanych z tym nie zamierzonym zajściem.
Z tymi słowy złożył jeszcze jeden ukłon i w wyczekującym milczeniu patrzył na Puddocka, który zaseplenił z godnością:
— Sir, misja ta jest z wielu wzglądów bolesna, lecz nie... nie mogę odmówić, sir, i przyjmuję ów dowód pańskiego zaufania.
Tak więc O'Flaherty uścisnął mu dłoń z ponownym ukłonem, skłonił się w milczeniu i wyniośle wszystkim wokół i zniknął, po czym powstał ogólny gwar i cmokanie.
— Panie Nutter... ee... mam nadzieję, iż sprawę można załatwić w gentlemański sposób — rzekł Puddock wyprężając się i starając się przybrać jak najokazalszą postawę — obecnie... ee... to jest... w tej chwili... nie... niezupełnie wiem... (tak naprawdę to nie miał pojęcia, o co, u licha, w ogóle chodziło), lecz pański sekundant znajdzie mnie... pański sekundant... ee... w mym mieszkaniu dziś do godziny pierwszej w nocy, jeśli to konieczne.
I tu nastąpił ukłon Puddocka. Z chwilą, gdy miało miejsce tego rodzaju wydarzenie, wszyscy, których to dotyczyło, stawali się jedynie oficjalnymi i powściągliwymi przedstawicielami ceremonialnej etykiety obowiązującej w drobiazgowych przygotowaniach do owej próby sił. A więc, jak powiedziałem, Puddock ukłonił się uroczyście i dumnie Nutterowi, następnie równie majestatycznie całemu towarzystwu i wyszedł.
Pewnego rodzaju oszołomienie i cisza trwały kilka sekund. Wydarzyło się coś bardzo ważnego. Na jednej czy dwóch twarzach błąkał się złowrogi i zagadkowy uśmiech, który bynajmniej nie wyrażał wesołości, lecz był rodzajem reakcji w obliczu czegoś zdumiewającego. Zaległa cisza; zebrani zastygli w bezruchu na dobrą chwilę i wszystkie oczy skierowały się ku drzwiom. Następnie niektórzy zwrócili wzrok na Charlesa Nuttera, a wówczas prysł chwilowy czar.
Z tymi słowy złożył jeszcze jeden ukłon i w wyczekującym milczeniu patrzył na Puddocka, który zaseplenił z godnością:
— Sir, misja ta jest z wielu wzglądów bolesna, lecz nie... nie mogę odmówić, sir, i przyjmuję ów dowód pańskiego zaufania.
Tak więc O'Flaherty uścisnął mu dłoń z ponownym ukłonem, skłonił się w milczeniu i wyniośle wszystkim wokół i zniknął, po czym powstał ogólny gwar i cmokanie.
— Panie Nutter... ee... mam nadzieję, iż sprawę można załatwić w gentlemański sposób — rzekł Puddock wyprężając się i starając się przybrać jak najokazalszą postawę — obecnie... ee... to jest... w tej chwili... nie... niezupełnie wiem... (tak naprawdę to nie miał pojęcia, o co, u licha, w ogóle chodziło), lecz pański sekundant znajdzie mnie... pański sekundant... ee... w mym mieszkaniu dziś do godziny pierwszej w nocy, jeśli to konieczne.
I tu nastąpił ukłon Puddocka. Z chwilą, gdy miało miejsce tego rodzaju wydarzenie, wszyscy, których to dotyczyło, stawali się jedynie oficjalnymi i powściągliwymi przedstawicielami ceremonialnej etykiety obowiązującej w drobiazgowych przygotowaniach do owej próby sił. A więc, jak powiedziałem, Puddock ukłonił się uroczyście i dumnie Nutterowi, następnie równie majestatycznie całemu towarzystwu i wyszedł.
Pewnego rodzaju oszołomienie i cisza trwały kilka sekund. Wydarzyło się coś bardzo ważnego. Na jednej czy dwóch twarzach błąkał się złowrogi i zagadkowy uśmiech, który bynajmniej nie wyrażał wesołości, lecz był rodzajem reakcji w obliczu czegoś zdumiewającego. Zaległa cisza; zebrani zastygli w bezruchu na dobrą chwilę i wszystkie oczy skierowały się ku drzwiom. Następnie niektórzy zwrócili wzrok na Charlesa Nuttera, a wówczas prysł chwilowy czar.
www.przeprosprezydenta.pl



