Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 59
mieszkania tegoż gentlemana, witając naszych wysłanników groźnymi i aż nazbyt energicznymi gestami. Gdy owo gwałtowne okazywanie niezbyt przyjacielskich uczuć zaczęło nieco słabnąć, drzwi frontowe otworzyły się szeroko — i tak pozostały — a nasz przyjaciel Loftus w niezwykle obdartym, starym jedwabnym surducie, którego wygląd w świetle księżyca był nie do opisania, z podartą podszewką zwisającą w strzępach na połach surduta wyblakłego jak chorągiew katedralna, w koszuli rozpiętej pod szyją, w bryczesach nie zapiętych pod kolanami i w olbrzymich bezkształtnych pantoflach, spadających mu z nóg i kłapiących przy każdym kroku, zszedł po schodach. Jego jasne, okrągłe i małe oczka w osobliwej, spokojnej twarzy patrzyły na nich uważnie w ciemności, a okopcony tom teologii tkwił pod pachą, między kartkami zaś trzymał palec dla oznaczenia miejsca, w którym przerwał czytanie.
Gdy Devereux ujrzał zbliżającego się Loftusa, cała ta historia — misja, przysługa, człowiek i wszystko inne — wydała mu się nagle tak niedorzeczna, że wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem, który stawał się tym gwałtowniejszy i głośniejszy, im bardziej gorąco i błagalnie Toole usiłował go uspokoić, wskazując rozczapierzonymi palcami obu rąk okna śpiących mieszkańców miasteczka, robiąc przy tym okropne grymasy, wzruszając ramionami i przewracając oczami. Lecz młody człowiek nie miał zwyczaju odmawiania sobie niewinnych przyjemności i oswobodziwszy się z rąk Toole'a, poszedł w dół pogrążonej w ciemności ulicy śmiejąc się nadal. Od czasu do czasu, w przerwach na złapanie tchu, mruczał do siebie coś, czego jego kolega nie mógł usłyszeć, lecz co zdało się wywoływać nowe ataki hałaśliwego śmiechu. I tak pozostawił doktora, by sam dalej prowadził pertraktacje z Loftusem.
— No i co? — spytał Devereux, który zdążył już odzyskać oddech, gdy mały doktor, bardzo skwaszony i czerwony, majestatycznie krocząc zrównał się z nim w ciemnej ulicy.
— No i co? No i co? Och, bardzo dobrze, oczywiście. Chciałbym wiedzieć, co u licha mamy teraz robić? — burknął Toole.
— A więc pański bezcenny giermek odmawia działania? — spytał Devereux.
— Pewnie, że odmawia. Widząc pana idącego w dół
Gdy Devereux ujrzał zbliżającego się Loftusa, cała ta historia — misja, przysługa, człowiek i wszystko inne — wydała mu się nagle tak niedorzeczna, że wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem, który stawał się tym gwałtowniejszy i głośniejszy, im bardziej gorąco i błagalnie Toole usiłował go uspokoić, wskazując rozczapierzonymi palcami obu rąk okna śpiących mieszkańców miasteczka, robiąc przy tym okropne grymasy, wzruszając ramionami i przewracając oczami. Lecz młody człowiek nie miał zwyczaju odmawiania sobie niewinnych przyjemności i oswobodziwszy się z rąk Toole'a, poszedł w dół pogrążonej w ciemności ulicy śmiejąc się nadal. Od czasu do czasu, w przerwach na złapanie tchu, mruczał do siebie coś, czego jego kolega nie mógł usłyszeć, lecz co zdało się wywoływać nowe ataki hałaśliwego śmiechu. I tak pozostawił doktora, by sam dalej prowadził pertraktacje z Loftusem.
— No i co? — spytał Devereux, który zdążył już odzyskać oddech, gdy mały doktor, bardzo skwaszony i czerwony, majestatycznie krocząc zrównał się z nim w ciemnej ulicy.
— No i co? No i co? Och, bardzo dobrze, oczywiście. Chciałbym wiedzieć, co u licha mamy teraz robić? — burknął Toole.
— A więc pański bezcenny giermek odmawia działania? — spytał Devereux.
— Pewnie, że odmawia. Widząc pana idącego w dół
www.przeprosprezydenta.pl



