Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 6
— O, morderstwo! — powiedział jeden.
— O, moce piekielne! — krzyknął inny.
— O, krwawe wojny! — wykrzyknął trzeci.
— Biedak ów nie miał żadnej możliwości przeżycia tego! — rzekł Tim.
— To była kula — powiedział któryś wkładając palec do czystego krągłego otworu, wielkiego jak półpensówka.
— A spójrzcie na te dwa pęknięcia. Och, zbrodnia!
— Jest tylko jedno. Och, masz słuszność, widzę dwa, na Boga!
— A każde jakby od uderzenia pogrzebaczem. Mattocks zwinnie wspiął się wyżej i wziąwszy czaszkę
do ręki, począł obracać ją z ciekawością na wszystkie strony. Lecz, choć nie był żółtodzióbem, pamięć jego nie sięgała tak daleko wstecz, by mogła rzucić światło na tę sprawę.
— Czyżby to był Mattross, którego rozstrzelano w dziewięćdziesiątym roku, jak to nieraz słyszałem, za to, że uderzył swego kapitana? — podsunął któryś z gapiów.
— Och, tego biedaka pochowali od północnej strony, za kościołem — powiedział Mattocks nadal wpatrując się w czaszkę.
— Czy nie mógłby to być radca Gallagher zabity w pojedynku przez pułkownika Rucka... także dostał w głowę... lecz to niemożliwe... nie, całkiem niemożliwe.
— Czemu, panie Mattocks?
— Nie, ani Mattross. Tutaj, widzicie, jest kawałek suchego gruntu; na spodzie leży trumna starego Darby, o tam, w dole, dostatecznie mocna, by na niej stanąć, jak widzicie, z szerokim wiekiem; a pochowali go w roku dziewięćdziesiątym trzecim. Lecz spójrzcie na trumnę, do której należy ta czaszka, rozsypałaby się w proch między palcami; nic nie pozostało, tylko próchno.
— Myślę, że ma pan słuszność, panie Mattocks.
— Ba! z pewnością. Leżała pod ziemią dłużej o dobre trzydzieści lat albo i więcej.
Właśnie wówczas pojawiła się szczupła postać mego wysokiego, łagodnego wuja, wikarego, a jego długie, cienkie nogi w czarnych wełnianych pończochach i bryczesach do kolan stąpały lekko i z uszanowaniem między grobami. Mężczyźni unieśli kapelusze, Mattocks zaś lekko wskoczył
— O, moce piekielne! — krzyknął inny.
— O, krwawe wojny! — wykrzyknął trzeci.
— Biedak ów nie miał żadnej możliwości przeżycia tego! — rzekł Tim.
— To była kula — powiedział któryś wkładając palec do czystego krągłego otworu, wielkiego jak półpensówka.
— A spójrzcie na te dwa pęknięcia. Och, zbrodnia!
— Jest tylko jedno. Och, masz słuszność, widzę dwa, na Boga!
— A każde jakby od uderzenia pogrzebaczem. Mattocks zwinnie wspiął się wyżej i wziąwszy czaszkę
do ręki, począł obracać ją z ciekawością na wszystkie strony. Lecz, choć nie był żółtodzióbem, pamięć jego nie sięgała tak daleko wstecz, by mogła rzucić światło na tę sprawę.
— Czyżby to był Mattross, którego rozstrzelano w dziewięćdziesiątym roku, jak to nieraz słyszałem, za to, że uderzył swego kapitana? — podsunął któryś z gapiów.
— Och, tego biedaka pochowali od północnej strony, za kościołem — powiedział Mattocks nadal wpatrując się w czaszkę.
— Czy nie mógłby to być radca Gallagher zabity w pojedynku przez pułkownika Rucka... także dostał w głowę... lecz to niemożliwe... nie, całkiem niemożliwe.
— Czemu, panie Mattocks?
— Nie, ani Mattross. Tutaj, widzicie, jest kawałek suchego gruntu; na spodzie leży trumna starego Darby, o tam, w dole, dostatecznie mocna, by na niej stanąć, jak widzicie, z szerokim wiekiem; a pochowali go w roku dziewięćdziesiątym trzecim. Lecz spójrzcie na trumnę, do której należy ta czaszka, rozsypałaby się w proch między palcami; nic nie pozostało, tylko próchno.
— Myślę, że ma pan słuszność, panie Mattocks.
— Ba! z pewnością. Leżała pod ziemią dłużej o dobre trzydzieści lat albo i więcej.
Właśnie wówczas pojawiła się szczupła postać mego wysokiego, łagodnego wuja, wikarego, a jego długie, cienkie nogi w czarnych wełnianych pończochach i bryczesach do kolan stąpały lekko i z uszanowaniem między grobami. Mężczyźni unieśli kapelusze, Mattocks zaś lekko wskoczył
www.przeprosprezydenta.pl



