Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 61
— Na pewno są wśród nich tacy, którzy nie prowadzą sklepów — rzekł Devereux z lekkim zniecierpliwieniem.
— Mnóstwo! — zapewnił Larry. — (No to wymień ich nazwiska.
— Tylko jeden z nich przyszedł dziś wieczór, pan Doolan ze Stonnybatter, kupiec na emeryturze.
— To będzie odpowiednie — szepnął Toole do Devereux. Devereux kiwnął głową.
— Poklep go tylko po ramieniu i powiedz mu, że doktor Toole, wiesz, z miasteczka, prosi go, przepraszając i pozdrawiając, o zamienienie z nim paru słów — rzekł doktor.
— Och! Szanowny doktorce, on pierwszy z nich wszystkich znalazł się pod stołem i całkiem nieprzytomnego zaniesiono go do powozu właśnie w chwili, gdy pan Crozier z kościoła Chrystusa zaczął: „Pójdź, Rogersie, posłuchaj"; jest w łóżku w Stonnybatter od przeszło półtorej godziny.
— Emerytowany kupiec — powiedział Devereux — no dobrze, Toole, co pan teraz radzi?
— Na Jowisza, myślę, że jeden z nas musi udać się do miasta. Nie można biednego Nuttera opuścić w potrzebie, a między nami mówiąc, temu O'Flaherty... temu... na Jowisza, łaknącego krwi idiocie... powinno się utrzeć nosa.
— Chodźmy do Nuttera. Ktoś z nas musi pójść... weźmiemy jedną z „mew" tych śpiewaków.
„Mewa", niechaj mi wolno będzie zauważyć, była jednokonnym pojazdem do wynajęcia w Dublinie i okolicy; później „mewa" ustąpiła miejsca lekkiemu pojazdowi dwukołowemu, a ten z kolei został prawie całkowicie wyparty przez dorożkę.
I tak Devereux, a za nim Toole, weszli ponownie do frontowej izby. Lecz sprawy zaczynały się układać same bez ich udziału, a kandydat na sekundanta, o którym nic nie wiedzieli, miał się właśnie wyłonić.
— Mnóstwo! — zapewnił Larry. — (No to wymień ich nazwiska.
— Tylko jeden z nich przyszedł dziś wieczór, pan Doolan ze Stonnybatter, kupiec na emeryturze.
— To będzie odpowiednie — szepnął Toole do Devereux. Devereux kiwnął głową.
— Poklep go tylko po ramieniu i powiedz mu, że doktor Toole, wiesz, z miasteczka, prosi go, przepraszając i pozdrawiając, o zamienienie z nim paru słów — rzekł doktor.
— Och! Szanowny doktorce, on pierwszy z nich wszystkich znalazł się pod stołem i całkiem nieprzytomnego zaniesiono go do powozu właśnie w chwili, gdy pan Crozier z kościoła Chrystusa zaczął: „Pójdź, Rogersie, posłuchaj"; jest w łóżku w Stonnybatter od przeszło półtorej godziny.
— Emerytowany kupiec — powiedział Devereux — no dobrze, Toole, co pan teraz radzi?
— Na Jowisza, myślę, że jeden z nas musi udać się do miasta. Nie można biednego Nuttera opuścić w potrzebie, a między nami mówiąc, temu O'Flaherty... temu... na Jowisza, łaknącego krwi idiocie... powinno się utrzeć nosa.
— Chodźmy do Nuttera. Ktoś z nas musi pójść... weźmiemy jedną z „mew" tych śpiewaków.
„Mewa", niechaj mi wolno będzie zauważyć, była jednokonnym pojazdem do wynajęcia w Dublinie i okolicy; później „mewa" ustąpiła miejsca lekkiemu pojazdowi dwukołowemu, a ten z kolei został prawie całkowicie wyparty przez dorożkę.
I tak Devereux, a za nim Toole, weszli ponownie do frontowej izby. Lecz sprawy zaczynały się układać same bez ich udziału, a kandydat na sekundanta, o którym nic nie wiedzieli, miał się właśnie wyłonić.
www.przeprosprezydenta.pl



