Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 70
rzuciłbym jego stare gnaty przez okno. Czyż mam zawołać go z powrotem i wymierzyć mu zasłużoną karę, czyż mam to zrobić, Puddock! Och, ho, ho, mój drogi Puddocku, wszystko obraca się przeciw mnie; cóż pocznę, Puddock, pojedynek, i co się ze mną stanie? — i uronił kilka następnych łez, i wypił większą część napoju przygotowanego dla Puddocka.
— Sządzę, szir, że już po raz szósty oszmielam się proszić o wyraźne sztwierdzenie z uszt pańszkich przyczyny pańszkiego nieporozumienia z panem Nutterem, której to przyczyny, mówiąc otwarcie, do chwili obecznej nie pojmuję — powiedział Puddock wyniośle i dość stanowczo.
— Z całą pewnością, mój drogi Puddocku — odparł O'Flaherty — to ten przeklęty Francuzik, ten chłystek, z jego małpim wtrącaniem się, niech mnie kule biją, Puddock, jeślibyś znał choć połowę nieszczęść, w które wpakowała mnie ta mała bestia, nie dziwiłbyś się, gdybym go zamordował. To on właśnie był przyczyną pojedynku z moim kuzynem, Artem Considine'em, choć tak starałem się okazać mu nadzwyczajną uprzejmość. Kiedy po dwuletnim pobycie we Francji przybył do Atlone, napisałem do niego bilecik i chcąc mu zrobić przyjemność, zamieściłem na nieszczęście dwa słowa po francusku: „Przyjdź do mnie na kolację — napisałem — a pogawędzimy sobie trochę". Wiedziałem, że u-n p-l-a-t (przeliterował) znaczy „danie", i pytam Jerome'a, tego prosika (tak to wymawiał), którego widział pan tutaj przy drzwiach — to jego cholerne imię — jak jest chat po francusku, c-h-a-t — przeliterowałem mu. „Sza", mówi. „Przeliteruj, proszę" — mówię. C-h-a-t — mówi on, głupia, stara żmija. Otóż, zadałem sobie trud, aby to napisać, un plat de chat. „Czy dobrze", pytam go, pokazując mu to, co napisałem. „Dobrze, mój panie", mówi on patrząc na mnie, jakbym miał dwie głowy. Dopiero w dobry miesiąc po tym, jak przestrzeliłem na wylot biednemu Artowi obie łydki, dowiedziałem się, co to znaczy. I to do niego tak napisałem,
— Sządzę, szir, że już po raz szósty oszmielam się proszić o wyraźne sztwierdzenie z uszt pańszkich przyczyny pańszkiego nieporozumienia z panem Nutterem, której to przyczyny, mówiąc otwarcie, do chwili obecznej nie pojmuję — powiedział Puddock wyniośle i dość stanowczo.
— Z całą pewnością, mój drogi Puddocku — odparł O'Flaherty — to ten przeklęty Francuzik, ten chłystek, z jego małpim wtrącaniem się, niech mnie kule biją, Puddock, jeślibyś znał choć połowę nieszczęść, w które wpakowała mnie ta mała bestia, nie dziwiłbyś się, gdybym go zamordował. To on właśnie był przyczyną pojedynku z moim kuzynem, Artem Considine'em, choć tak starałem się okazać mu nadzwyczajną uprzejmość. Kiedy po dwuletnim pobycie we Francji przybył do Atlone, napisałem do niego bilecik i chcąc mu zrobić przyjemność, zamieściłem na nieszczęście dwa słowa po francusku: „Przyjdź do mnie na kolację — napisałem — a pogawędzimy sobie trochę". Wiedziałem, że u-n p-l-a-t (przeliterował) znaczy „danie", i pytam Jerome'a, tego prosika (tak to wymawiał), którego widział pan tutaj przy drzwiach — to jego cholerne imię — jak jest chat po francusku, c-h-a-t — przeliterowałem mu. „Sza", mówi. „Przeliteruj, proszę" — mówię. C-h-a-t — mówi on, głupia, stara żmija. Otóż, zadałem sobie trud, aby to napisać, un plat de chat. „Czy dobrze", pytam go, pokazując mu to, co napisałem. „Dobrze, mój panie", mówi on patrząc na mnie, jakbym miał dwie głowy. Dopiero w dobry miesiąc po tym, jak przestrzeliłem na wylot biednemu Artowi obie łydki, dowiedziałem się, co to znaczy. I to do niego tak napisałem,
www.przeprosprezydenta.pl



