Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 72
i podsunął Puddockowi pod nos świecącą cukierniczkę dnem do góry. — Nie jestem łysy, mówię panu, nie jestem... nie, mój drogi Puddocku, nie jestem — biedny Hiacynt O'Flaherty nie jest łysy — mówił, potrząsając obiema dłońmi Puddocka.
— To jasne, sir, lecz nie pojmuję, do czego pan zmierza. — Chcę to panu powiedzieć, Puddock, kochany, jeśli
tylko zachowasz przez chwilę cierpliwość. Tych drzwi nie można zamknąć, niech je diabli, przejdźmy do sąsiedniego pokoju — i chwiejnym krokiem poprowadził go uroczyście do swej sypialni, zamykając drzwi na klucz ku pewnemu zaniepokojeniu Puddocka, który zaczynał uważać porucznika za obłąkanego. Wyjaśniwszy tam Puddockowi, że Nutter przez cały wieczór zmierzał ku jednemu tylko celowi, co byłoby jasne dla każdego, kto znałby tajemnicę O'Flaherty'ego, i wymusiwszy na swym sekundancie uroczystą obietnicę, iż go nie zdradzi, oraz wygłosiwszy żarliwą, choć przerywaną tyradę na temat różnicy pomiędzy całkowitą łysiną a częściowym brakiem owłosienia, wyjawił przed nim wielką tajemnicę swego istnienia, unosząc w górę z czubka swej głowy małą peruczkę (którą w owych czasach, jak mi się wydaje, nazywano „nakrywką") i odsłaniając świecącą, gładką łysinkę wielkości mniej więcej dużego krążka masła.
— Na mą duszę, szir, to wszpaniała robota — ozwał się Puddock, który oglądał peruczkę okiem właściciela teatru, trzymając ją w kręgu światła świecy za kędzior na samym czubku. — Najładniejsza robota tego rodzaju, jaką kiedykolwiek widziałem. Z pewnością francuska. O, tak — u nas w kraju nie potrafią robić takich rzeczy. Na Jowisza, sir, a jakąż to dopiero perukę zrobiłby ów rzemieślnik dla Katona!
— A cóż to z niego za podła kreatura, doprawdy, podła kreatura — ciągnął O'Flaherty — w mieście przecież nie ma żywej duszy prócz Jerome'a, tej... tej zdradzieckiej małpy, która by o tym wiedziała. Nie kto inny, tylko on czesze mnie każdego ranka, tam za kotarą łóżka, przy zamkniętych na klucz drzwiach. I Nutter nie mógłby tego odkryć — kto mógł mu to powiedzieć, jeśli nie ten przewrotny francuski diabeł; nigdy przecie nie było o tym mowy.
I O'Flaherty zaczął przechadzać się ciężkim krokiem tam i na powrót po pokoju, z rękoma w kieszeniach bryczesów,
— To jasne, sir, lecz nie pojmuję, do czego pan zmierza. — Chcę to panu powiedzieć, Puddock, kochany, jeśli
tylko zachowasz przez chwilę cierpliwość. Tych drzwi nie można zamknąć, niech je diabli, przejdźmy do sąsiedniego pokoju — i chwiejnym krokiem poprowadził go uroczyście do swej sypialni, zamykając drzwi na klucz ku pewnemu zaniepokojeniu Puddocka, który zaczynał uważać porucznika za obłąkanego. Wyjaśniwszy tam Puddockowi, że Nutter przez cały wieczór zmierzał ku jednemu tylko celowi, co byłoby jasne dla każdego, kto znałby tajemnicę O'Flaherty'ego, i wymusiwszy na swym sekundancie uroczystą obietnicę, iż go nie zdradzi, oraz wygłosiwszy żarliwą, choć przerywaną tyradę na temat różnicy pomiędzy całkowitą łysiną a częściowym brakiem owłosienia, wyjawił przed nim wielką tajemnicę swego istnienia, unosząc w górę z czubka swej głowy małą peruczkę (którą w owych czasach, jak mi się wydaje, nazywano „nakrywką") i odsłaniając świecącą, gładką łysinkę wielkości mniej więcej dużego krążka masła.
— Na mą duszę, szir, to wszpaniała robota — ozwał się Puddock, który oglądał peruczkę okiem właściciela teatru, trzymając ją w kręgu światła świecy za kędzior na samym czubku. — Najładniejsza robota tego rodzaju, jaką kiedykolwiek widziałem. Z pewnością francuska. O, tak — u nas w kraju nie potrafią robić takich rzeczy. Na Jowisza, sir, a jakąż to dopiero perukę zrobiłby ów rzemieślnik dla Katona!
— A cóż to z niego za podła kreatura, doprawdy, podła kreatura — ciągnął O'Flaherty — w mieście przecież nie ma żywej duszy prócz Jerome'a, tej... tej zdradzieckiej małpy, która by o tym wiedziała. Nie kto inny, tylko on czesze mnie każdego ranka, tam za kotarą łóżka, przy zamkniętych na klucz drzwiach. I Nutter nie mógłby tego odkryć — kto mógł mu to powiedzieć, jeśli nie ten przewrotny francuski diabeł; nigdy przecie nie było o tym mowy.
I O'Flaherty zaczął przechadzać się ciężkim krokiem tam i na powrót po pokoju, z rękoma w kieszeniach bryczesów,
www.przeprosprezydenta.pl



