Dom przy cmentarzu, T.I cz. 1 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 75
czono ją w dzieciństwie bać się tego domu jako siedziby tajemniczych, upiornych mieszkańców i nieziemskich niebezpieczeństw.
— W obecnych czasach istnieją ludzie, Sally, którzy nazywają siebie wolnomyślicielami i w nic nie wierzą, nawet w duchy — powiedziała Lilias.
— W takim razie miejsce, w którym teraz przebywa, panienko Lily, wkrótce wyleczy go z wolnomyślicielstwa, jeśli choć połowa z tego, co o tym domostwie mówią, jest prawdą — odparła Sally.
— Ależ ja nie twierdzę, jak słyszałaś, że jest on wolnomyślicielem, gdyż nic nie wiem o panu Mervynie; lecz jeśli nim nie jest, musi być bardzo odważny lub zacny, doprawdy. Ja wiem, Sally, że okropnie bałabym się spać w tym domu — rzekła Lilias wzdrygając się lekko ze zgrozy, gdyż stanął jej na chwilę przed oczyma mglisty obraz owego starego domostwa, jego szczególny, niesamowity, świątynny wygląd i czyhające zewsząd niebezpieczeństwo; obraz domu ukrytego jak gdyby w poczuciu wstydu i winy pod pełnymi melancholii starymi wiązami, wśród wysokich pokrzyw i cykuty.
— A oto, Sally, jestem bezpieczna w łóżku. Porusz w kominku, moja kochana (choć był to pierwszy tydzień maja, noc była mroźna) i opowiedz mi znowu wszystko o domu „Pod Dachówką", i to tak, abym się bardzo bała.
Tak więc zacna stara Sally, która święcie wierzyła w te rzeczy, poczęła opowiadać dobrze sobie znane zdarzenia i z wolna snuła swą opowieść, a słowa jej płynęły jeszcze wolniej, gdy zbliżała się chwila szczególnej grozy. Skupiała się wówczas — inaczej mówiąc, odkładała robótkę — i patrzyła kiwając tajemniczo głową na swą młodą panią leżącą w łóżku z baldachimem lub zelżała głos do szeptu, gdy nadchodziła chwila najwyższego napięcia.
Tak oto opowiedziała jej, że gdy sąsiedzi wydzierżawili sad biegnący aż do okien na tyłach owego domu, psy, które tam trzymali, wyły całymi nocami pośród drzew dziko jak wilki i pełzały pod ścianami w sposób tak przygnębiający, iż mieszkańcy musieli w końcu otwierać drzwi i wpuszczać je do środka. W istocie nie było potrzeby trzymania psów w ogrodzie, nikt bowiem, młody czy stary, nie odważył się zbliżyć do sadu po zapadnięciu zmroku. Doprawdy, błysz-
— W obecnych czasach istnieją ludzie, Sally, którzy nazywają siebie wolnomyślicielami i w nic nie wierzą, nawet w duchy — powiedziała Lilias.
— W takim razie miejsce, w którym teraz przebywa, panienko Lily, wkrótce wyleczy go z wolnomyślicielstwa, jeśli choć połowa z tego, co o tym domostwie mówią, jest prawdą — odparła Sally.
— Ależ ja nie twierdzę, jak słyszałaś, że jest on wolnomyślicielem, gdyż nic nie wiem o panu Mervynie; lecz jeśli nim nie jest, musi być bardzo odważny lub zacny, doprawdy. Ja wiem, Sally, że okropnie bałabym się spać w tym domu — rzekła Lilias wzdrygając się lekko ze zgrozy, gdyż stanął jej na chwilę przed oczyma mglisty obraz owego starego domostwa, jego szczególny, niesamowity, świątynny wygląd i czyhające zewsząd niebezpieczeństwo; obraz domu ukrytego jak gdyby w poczuciu wstydu i winy pod pełnymi melancholii starymi wiązami, wśród wysokich pokrzyw i cykuty.
— A oto, Sally, jestem bezpieczna w łóżku. Porusz w kominku, moja kochana (choć był to pierwszy tydzień maja, noc była mroźna) i opowiedz mi znowu wszystko o domu „Pod Dachówką", i to tak, abym się bardzo bała.
Tak więc zacna stara Sally, która święcie wierzyła w te rzeczy, poczęła opowiadać dobrze sobie znane zdarzenia i z wolna snuła swą opowieść, a słowa jej płynęły jeszcze wolniej, gdy zbliżała się chwila szczególnej grozy. Skupiała się wówczas — inaczej mówiąc, odkładała robótkę — i patrzyła kiwając tajemniczo głową na swą młodą panią leżącą w łóżku z baldachimem lub zelżała głos do szeptu, gdy nadchodziła chwila najwyższego napięcia.
Tak oto opowiedziała jej, że gdy sąsiedzi wydzierżawili sad biegnący aż do okien na tyłach owego domu, psy, które tam trzymali, wyły całymi nocami pośród drzew dziko jak wilki i pełzały pod ścianami w sposób tak przygnębiający, iż mieszkańcy musieli w końcu otwierać drzwi i wpuszczać je do środka. W istocie nie było potrzeby trzymania psów w ogrodzie, nikt bowiem, młody czy stary, nie odważył się zbliżyć do sadu po zapadnięciu zmroku. Doprawdy, błysz-
www.przeprosprezydenta.pl



